|
Queer to angielska obelga
określająca homoseksualistę, coś jak polski "pedał". Amerykański ruch na rzecz równouprawnienia lesbijek i gejów zaczął jednak używać tego słowa w rozmowach
między sobą, przez co straciło ono pejoratywny, obraźliwy charakter. Wkrótce stało się ono synonimem samego ruchu. Powstała teoria queer (queer theory),
będąca wyrazem sprzeciwu względem dyskryminacji mniejszości seksualnych, stanowiąca ich własną narrację, opowieść o tym jak heteronormatywne społeczeństwo
wyklucza ich z publicznego dyskursu. Teoria opisuje normatywne mechanizmy przemocy, z którymi lesbijki i geje muszą się nieustannie zmagać. Jest ona przede
wszystkim głosem wykluczonych "ludzi śmieci", dowodem na to, że mogą oni zabrać głos i wprowadzić swoje wątki do publicznej debaty. Tak jak nowoczesność jest
erą, w której heteroseksualni mężczyźni definiowali znaczenie seksualności, tak ponowoczesność jest erą, w której każdy sam ma prawo do jej własnej
definicji. Queerowy filozof Queer theory - narracja dotychczas wykluczonych Kategoria "homoseksualisty" została skonstruowana przez XIX-wieczny opresywny dyskurs medyczny. Medycyna, uwikłana w normatywne mechanizmy przemocy, sama wyprodukowała tę kategorię, aby ją wykluczyć. Wcześniej znane było jedynie pojęcie aktów homoseksualnych, które nie zdawały się wynikać z żadnych wewnętrznych predyspozycji. Były one jedną z możliwych egzemplifikacji seksualności, potencjalnie przejawianą przez każdego. Dopiero medycyna, w ramach normatywnego porządkowania przestrzeni publicznej i naznaczania "patologii", wyprodukowała tożsamość. W ten sposób oddzieliła przestrzeń "normalną" od "nienormalnej", wykluczając nie tylko akty seksualne, ale także ludzi, którym tę tożsamość nadała. Jednocześnie, jako kolejny przykład freudowskiej "choroby narcystycznej", wyprodukowała tożsamość "ludzi normalnych" - heteroseksualnych, którzy odtąd mogli czerpać dumę z tego, że nie są tymi, których wykluczają. Nauka uwikłana w normatywność pokazała, jak wiedza staje się narzędziem władzy, a władza artykulacją wiedzy. Minęło 100 lat i nastała era rewolucji seksualnej oraz kontrkulturowej burzy. Czasy się zmieniły, a wraz z nimi podejście do seksualności. Homoseksualizm przestał być patologią w podręcznikach naukowych. Powstały "studia lesbijsko-gejowskie", które za cel postawiły sobie skonstruowanie pozytywnego obrazu osób homoseksualnych, wolnego od demonizacji znanych z czasów wiktoriańskich. Przedstawiono zatem nową definicję "homoseksualisty", jako człowieka monogamicznego, bogatego, wykształconego, a do tego jeszcze białego i z klasy średniej. Okazało się jednak, że konstruowanie jakichkolwiek definicji "homoseksualisty" oznacza jednocześnie wykluczenie tych, którzy do tej definicji nie pasują: poligamicznych, ubogich, niewykształconych itd. Studia lesbijsko-gejowskie chciały pokazać, że osoby homoseksualne są "normalne" - ale "normalne" znaczy w tym kontekście zbliżone do heteronormatywnego patriarchatu. "Normalność" homoseksualistów uzyskano kosztem wykluczenia "nienormalnych", niemedialnych, wstydliwych: kobiecych gejów i męskich lesbijek, transwestytów, niewykształconych, Murzynów, osób z małych miejscowości i klasy niższej. W ten sposób studia lesbijsko-gejowskie, uprawiając "politykę tożsamości", uczestniczyły w mechanizmach przemocy i wykluczenia zamiast te mechanizmy dekonstruować i demontować. Na bazie krytyki "polityki tożsamości" powstała teoria queer, która dopuściła do głosu także podwójnie dotychczas wykluczonych: przez kulturowy mainstream i przez samą społeczność lesbijek i gejów. Queer theory poprzez opisywanie szerokiego spektrum tożsamości homoseksualnych unika jakiejkolwiek sztywnej, jednoznacznej, domkniętej definicji "homoseksualisty", starając się pokazać, że już samo pojęcie "homoseksualista" jest jedynie pustym terminem-workiem, do którego wkładano dowolne, arbitralne znaczenia. Heteronormatywna kultura nadaje znaczenie negatywne, polityka tożsamości nadaje znaczenie pozytywne. Wszystkie te operacje nadawania jednoznacznego, domkniętego znaczenia odbywały się kosztem wykluczenia tych, którzy tych definicji nie spełniali. W erze queer theory każdy ma prawo sam nadawać znaczenie swojej seksualności zgodnie z własnymi potrzebami i pragnieniami, bez obawy o wykluczenie i kulturową przemoc.
![]()
|
2009-11-15, 09:02:35 >> Czy istnieją męskie i kobiece mózgi?
Biorąc udział w debacie dot. tolerancji, zainteresował mnie post niejakiego Jarka Kefirka, który stwierdził, że tolerancja jest fikcją i że natura ją wyklucza. Jest to oczywiście kolejny przykład mechanizmów przemocy prezentowanych przez różne dyskursy prawicowe. Autor w notatce stwierdza, że naukowcy przeskanowali homoseksualistom mózgi i okazało się, że pewne jego obszary wyglądały tak jak u kobiet. Oczywiście, że wyglądały tak jak u heteroseksualnych kobiet, bo były to fragmenty mózgu determinujące pożądanie względem mężczyzn. Co ciekawe, autor uznaje, że jest to dowód na to, iż homoseksualizm jest zaburzeniem. Przyznam, że uwielbiam logikę prawicową. Uwielbiam jak prawicowcy twierdzą, iż homoseksualizm warunkowany jest „błędami wychowawczymi”, „nieobecnym ojcem” i „uwiedzeniem w młodzieńczym wieku”, a gdy pokazuje im się dowody na biologiczno-genetyczną proweniencję homoseksualizmu, to z głupkowatym uśmiechem oświadczają, że homoseksualizm jest chorobą wrodzoną.
Ale w tym punkcie widać wyraźnie jeszcze jeden
bardzo istotny błąd poznawczy: mylenie opisu rzeczywistości z interpretacją
rzeczywistości. Stwierdzenie „kobiecy mózg”, „męski mózg” to jest interpretacja
rzeczywistości, w dodatku uwikłana w obecnie panującą normatywność płciowo-seksualną.
Nauka, jeżeli ma ambicje obiektywizmu, powinna porzucić tego typu normatywne
kategorie, ponieważ jakakolwiek definicja „męskiego/kobiecego mózgu” oznaczać
będzie uproszczenie i wykluczenie. Krótko mówiąc ta koncepcja oparta jest na
tego typu mentalności: „istnieje pewien wzór – kobiecy/męski mózg, a jeżeli
ktoś do tego wzoru nie pasuje, to jest gorszy/chory/zaburzony/zboczony”. Ponieważ
żyjemy w kulturze heteronormatywnej, to definicja „upłciowionego mózgu” zawierać
będzie konkretne treści dotyczące konstrukcji obszarów odpowiedzialnych za
pożądanie seksualne. 100 lat temu zapewne dodanoby jeszcze treści dot. obszarów
determinujących uległość/dominację, agresję/zrównoważenie, aktywność/pasywność, introwersję/ekstrawersję
itd., ponieważ definicje „kobiety” i „mężczyzny” właśnie takie znaczenia
zawierały. Kobieta uległa, mężczyzna dominujący. Jeżeli kobieta jest dominująca
i ma „dominujący” mózg, to zapewne cierpi na jakieś zaburzenia... Albo jak to mówią prawicowcy: „dominujące
kobiety mają mózgi zbudowane jak mężczyźni” (należałoby dodać dominujący mężczyźni). W rzeczywistości nie ma żadnych „kobiecych”
i „męskich” mózgów, bo nie ma żadnej obiektywnej „męskości” i „kobiecości”. To, co nazywamy „kobiecym/męskim mózgiem”, zależy
wyłącznie od społecznej definicji płci, która jest całkowicie
arbitralna i zależna od kontekstu kulturowego. Definicja „męskiego/kobiecego
mózgu” jest niczym innym jak pozbawionym jakiegokolwiek sensu odbiciem
aktualnie panującej arbitralnej normatywności płciowo-seksualnej, a tym samym
stanowi kolejny normatywny mechanizm przemocy i wykluczenia. Tagi: dekonstrukcja kultury, zaburzenia prawicowe, nauka uwikłana w normatywność skomentuj (2)
2009-11-14, 20:37:30 >> "Tolerancja nie jest katolickim słowem"
Katechetka w szkole zawsze uczyła nas, że „tolerancja” to nie jest katolickie słowo. W tym punkcie wyjątkowo się z nią zgadzam. Tolerancja nie jest katolickim słowem, bo katolicyzm nie jest tolerancyjną religią, przynajmniej jeżeli chodzi o „etykę seksualną”. Jako queerowy filozof mogę stwierdzić, że każdy ma prawo do własnej „etyki seksualnej”, także Kościół katolicki, i co do niej samej jako takiej nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń. Problem jednak ze środowiskiem katolickim polega na tym, iż chciałoby ono zastosować tę etykę nie tylko do samego siebie ale także do wszystkich innych środowisk, także osób, które nie są katolikami i nie mają najmniejszej ochoty do tej etyki się stosować. Na tym właśnie polega tolerancja: na przyznawaniu innym ludziom prawa do posiadania własnych poglądów. Dotyczy to jeszcze mocniej przypadku orientacji seksualnej, która jest determinowana „odgórnie” i o której sami zainteresowani nie zadecydowali i nie mają na nią żadnego wpływu. Kościół katolicki nie rozumie, że każdy człowiek ma prawo do własnej definicji seksualności. Jeżeli jakiś katolik uważa homoseksualizm za grzech, to proszę bardzo – ale oznacza to jedynie, że ten katolik nie powinien angażować się z związki homoseksualne. Nie oznacza to natomiast, że nikt nie może angażować się w związki homoseksualne, bo inni ludzie mogą mieć inne preferencje i inne poglądy. Jeżeli jakiś katolik uważa, że małżeństwo homoseksualne jest sprzeczne z boskimi zamysłami to oznacza to, iż nie powinien zawierać małżeństwa z osobą tej samej płci, a nie że nikt nie może zawierać małżeństwa z osobą tej samej płci. Inni ludzie mogą mieć odmienne poglądy, które także mają prawo eksponować. Niestety środowiska katolickie tego nie rozumieją. Tagi: krytyka katolicyzmu skomentuj (4)
2009-11-12, 22:39:52 >> Intelekt intelektualistów
Cieszę się, że na blogu ukazał się komentarz krytyczny godny uwagi. Jest on jednak godny uwagi nie ze względu na swoje walory poznawcze lecz jako ilustracja kolejnych mechanizmów przemocy jakie obecne są w naukowych dyskursach opresywnych: mechanizmu biologizacji i esencjalizacji uprzedzeń oraz społecznego wykluczenia. poczytałam trochę twoich wpisów i przyznam, że są nudne, jak wypis kilku tekstów z gejowskiej broszurki w różnych odmianach. Ja akurat zajmuję się psychologią ewolucyjną i wiem jedno - jesteśmy ludźmi ponieważ potrafiliśmy stworzyć kulturę - wzorce, stereotypy, heurystyki myślenia. Trochę sobie przeczę bo zajmuję się także neuropsychologią, gdzie to nie kultura, a mózg to podstawa. Nie oceniam patriarchatu czy matriarchatu (który z niewielkimi wyjątkami nie przetrwał do naszych czasów) ani przekazu kulturowego, bo znajdują się w nim zasady przetrwania społeczeństwa, a konkretnie danej grupy. Bez tych przekazów - dobrych czy złych nie moglibyśmy przetrwać ponieważ jesteśmy bardzo agresywnym gatunkiem wyposażonym głównie w mózg, a nie pazury, futro czy zęby jak inne ssaki. osoby homoseksualne zawsze będą poza pewnym nawiasem ponieważ burzą porządek społeczny, nie przekazują genów, nie podlegają stereotypowym relacjom damsko-męskim, które pozwoliły nam przetrwać, a które istnieją tylko u człowieka. Myślę, że to jest przykre zjawisko, ale nie da się tego zmienić, jak wiele innych rzeczy i zjawisk. Internautka maggie stwierdziła, że "jesteśmy ludźmi, ponieważ potrafiliśmy stworzyć kulturę - wzorce, stereotypy, heurystyki myślenia". "Kultura" w tym zdaniu jest eufemizmem homofobii, "wzorce" to przymusowy heteroseksualizm, "stereotypy" to bzdurne mniemania dot. lesbijek i gejów a "heurystyki myślenia" to homofobiczna mentalność. Teraz następuje istotne stwierdzenie, że homofobia wraz z związanymi z nią błędami poznawczymi oraz mechanizmami wykluczenia to "kultura", która czyni nas ludźmi. Pytanie jakie zadają oświeceni filozofowie nie brzmi jednak "co jest kulturą", bo "kultura czyni nas ludźmi" lecz "jaka powinna być nasza kultura", "co czyni nas ludźmi". Odpowiedź na to pytanie jest prosta: "miłuj bliźniego swego jak siebie samego", "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe", albo też "nie czyń innym, czego dla siebie nie pragniesz" jak mawiał Konfucjusz. Problem, którego maggie nie dostrzega polega na tym, że równouprawnienie osób homo- i heteroseksualnych a także mężczyzn i kobiet również byłoby elementem kultury "która czyni nas ludźmi". Elementem innych kultur było składanie ofiar z ludzi albo inne praktyki, które nazwalibyśmy barbarzyńskimi. Nie wiem jednak, czy maggie również skłonna byłaby stwierdzić, że takie kultury "czynią ludźmi". W tym punkcie dostrzegamy kolejne mechanizmy przemocy: etnocentryzm, koncentracja na kulturze własnej, stawianie znaku równości między kulturą w ogólności a kulturą własną. Maggie chętnie powiedziałaby, że "kultura czyni nas ludźmi" ale pod warunkiem że jest to kultura własna. Przypomina mi się zdanie "królowa może jeździć dowolnym samochodem pod warunkiem, że jest to czarny Royce Rolls". Kolejna opresywna, wręcz szokująca kwestia: typowo faszystowskie stwierdzenie, że agresja i przemoc są nieuniknionymi elementami stosunków międzyludzkich. "Bez tych przekazów - dobrych czy złych nie moglibyśmy przetrwać ponieważ jesteśmy bardzo agresywnym gatunkiem wyposażonym głównie w mózg, a nie pazury, futro czy zęby jak inne ssaki." Jest tu także obecny błąd poznawczy polegający na przypisywaniu kategorii agresywności gatunkom, a więc podmiotom choć kategorię tę można adekwatnie zastosować jedynie do opisu zachowań a nie samych podmiotów (błąd esencjalizacji). Błąd ten oczywiście otwiera drogę do stwierdzenia, że przemoc w społeczeństwie jest nieunikniona, bo taka jest nasza natura, tak jest świat stworzony, taki mamy "gatunek". W rzeczywistości, homofobiczna agresja występuje bo heteronormatywna kulturą ją dopuszcza. Kolejny szokujący element: "osoby homoseksualne zawsze będą poza pewnym nawiasem ponieważ burzą porządek społeczny, nie przekazują genów, nie podlegają stereotypowym relacjom damsko-męskim, które pozwoliły nam przetrwać, a które istnieją tylko u człowieka." Heteronormatywność nie jest koniecznością, jest natomiast przejawem przemocy i opresji najgorszego autoramentu, czymś z czym powinniśmy walczyć i od czego powinniśmy uwolnić ludzkość. Osoby homoseksualne, owszem burzą porządek społeczny, ale... porządek społeczeństwa heteronormatywnego. I nie tylko one burzą - heteronormatywność burzy każdy człowiek, który stwierdzi, że hetero- i homoseksualizm jest równorzędny. Społeczeństwo heteronormatywne również nie jest koniecznością. Istniały i istnieją różne kultury gdzie miłość homoseksualna była/jest stawiana ponad heteroseksualną, np. starożytna Grecja. Maggie po prostu nie jest w stanie abstrahować od kultury, w której się wychowała i używa słow "kultura" i "kultura Zachodu" jako synonimów (podobnie jak "społeczeństwo" i "społeczeństwo Zachodu"). Osoby homoseksualne przekazują geny - mogą mieć własne dzieci zapładniane in vitro, mogą także przekazywać geny poprzez dobór krewniaczy. Genów "nie przekazują" natomiast księża i zakonnice a nikomu jednak nie przyjdzie do głowy, że może to być argument przeciwko nim. Ten argument jest typowym ad hoc, wymyślonym na siłę tylko po to, żeby w jakiś sposób uzasadnić heteronormatywną przemoc. Osoby homoseksualne, owszem, nie podlegają stereotypowym relacjom damsko-męskim, ale nie rozumiem dlaczego to ma być argument przeciwko nim. Gatunek ludzki przetrwałby bez tych stereotypów, przecież każda kultura ma inne stereotypy i jakoś ludzie w różnych kulturach się nadal rozmnażają. Niestety to kolejna ilustracja miałkości intelektualnej tego typu argumentów.
Jeszcze mały,
złośliwy komentarz na marginesie odnośnie opresywnego dyskursu psychologii
ewolucyjnej. Zdaniem niektórych psychologów ewolucyjnych mężczyzna ma
nieproporcjonalnie (względem innych naczelnych) dużego penisa jako
przystosowanie do gwałcenia kobiet. Z tego, zgodnie z logiką
"natury", trzeba wyciągnąć wniosek, że należy dokonywać gwałtów. Jeżeli natura dała nam zło, to nie należy
tego zła celebrować ale się od niego uwalniać. Na tym właśnie polega błąd tego
rodzaju dyskursów. Oczywiście, podany przeze mnie przykład jest kuriozalny i od
razu jesteśmy w stanie dojść do wniosku, że tego typu mentalność jest błędna.
Jednak gdy zamiast gwałtów i penisa mówi się o małżeństwach homoseksualnych to
niestety tę błędną mentalność często przyjmujemy. Właśnie ze względu na to
homofobiczne, heteronormatywne torowanie myślenia, które zmusza nas do
uznawania za adekwatne kuriozalnych argumentów wtedy, gdy z tym torem są
zgodne. Tagi: dekonstrukcja kultury, socjologia wykluczenia, mechanizmy przemocy skomentuj (4)
2009-11-07, 02:08:06 >> Coming out
Jakiś czas temu wystartowała znakomita inicjatywa nagrywania coming outów. W związku z tym przyszło mi do głowy parę refleksji na ten temat. Ta konieczność „ujawniania się”, „wychodzenia z szafy” jest kolejnym mechanizmem przemocy, związanym z heteronormatywną konfiguracją kultury. Heteronormatywna kultura zakłada, że każdy człowiek (każdy podmiot dyskursu społecznego) jest heteroseksualny. Heteroseksualność jest obowiązkiem, którego nie przestrzeganie karane jest wykluczeniem. W ten sposób tworzy się heteroseksualny Matrix – złudzenie, że heteroseksualizm jest powszechny, jedyny, właściwy i konieczny, natomiast homoseksualizm jest degeneracją, dyshonorem i obrzydliwością. Coming out, czyli stwierdzenie, że ktoś jest homoseksualny przełamuje (dereguluje) ten Matrix – uobecnia także alternatywną, homoseksualą narrację dotyczącą seksulności. Za każdym razem, gdy ktoś dobrowolnie mówi „jestem gejem”, „jestem lesbijką” niszczy stabilność Matrixu, heteronormatywności.
Z drugiej jednak strony należy cały czas mieć na uwadze fakt, że takie kategorie jak „heteroseksualista” czy „homoseksualista” (nazwany potem eufemistycznie „gejem”) zostały skonstruowane przez sam Matrix – właśnie po to, aby uporządkować rzeczywistość, podzielić ją na to, co normalne i nienormalne oraz ostatecznie po to, by to co „nienormalne” wykluczyć, wymazać z przestrzeni publicznej. Wcale nie mamy obowiązku utożsamiać się z jakimikolwiek z tych kategorii, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż zaciągnięto za nimi tysiące arbitralnych i nieadekwatnych znaczeń (typu „kawa z mlekiem jest pedalska”). To są właśnie interesujące kwestie, którymi zajmują się teoretycy kultury: którzy opisują w jaki sposób pożądanie seksualne stało się podstawą do nadania iluzorycznej (fantazmatycznej) tożsamości. Tożsamość natomiast uznawana jest przez społeczeństwo za konstytutywny, substancjalny element nas samych, który siedzi głęboko w nas. W rzeczywistości jednak posiadać tożsamość kobiety/mężczyzny/homoseksualisty/heteroseksualisty nie oznacza mieć czegoś w sobie lecz wykonywać takie a takie działania. Z tego powodu heteroseksualista zostanie nazwany „pedałem” jeżeli ubierze krzykliwe ubrania i zacznie się malować. Kobieta stanie się mniej „kobieca” jeżeli zetnie włosy i ubierze garnitur z krawatem. Innymi słowy wszystkie te tożsamości mają charakter performatywny. W związku z tym, nawet jeżeli odczuwamy określony rodzaj pożądania seksualnego to wcale nie musimy wnioskować z tego o naszej tożsamości, zwłaszcza jeżeli tożsamości, które kultura daje nam do wyboru są tak nieadekwatne, arbitralne, a do tego normatywizujące. Możemy poprzestać na stwierdzeniu, że „lubimy osoby tej samej płci” bez jakiegokolwiek dookreślania się i wikłania w dyskurs podmiotowo-tożsamościowy.
Moje ulubione nagrania:
Tagi: dekonstrukcja kultury, mechanizmy przemocy skomentuj (4)
2009-11-02, 20:52:37 >> "Mój mąż jest gejem"
Właśnie przeczytałem historię pewnej kobiety, której mąż okazał się być gejem. :) Po dwunastu latach heteroseksualnego małżeństwa w końcu odważył się powiedzieć jej prawdę. Pytanie brzmi: dlaczego tak się stało, dlaczego niektórzy „geje” jak to nazwano w artykule wiążą się z kobietami, żenią się, mają z nimi dzieci, a po iluś tam latach nie wytrzymują i odchodzą do kochanka? Oczywiście, część winy leży po stronie tego mężczyzny, który znalazł sobie żonę aby udawać heteroseksualistę. Należy jednak zadać pytanie dotyczące genezy takiego zachowania: czy on chciał udawać hetero dla jakiegoś kaprysu, żartu, z powodu psychopatii lub cmentarnego poczucia humoru? Nie, on chciał udawać hetero, ponieważ zmusiło go do tego społeczeństwo – heteronormatywne otoczenie, w którym się wychował i w którym uczestniczył. To jest oczywiście jeden z mechanizmów przemocy: gdy mężczyzna nie ogląda się za kobietami a jego kolega mówi „stary, co z tobą?” To krótkie stwierdzenie jest jak szczyt góry lodowej, której dalsza część ukryta jest pośród asumpcji: niewypowiedzianych treści kulturowych. „Co z tobą” oznacza, że musisz być heteroseksualny, że musisz pożądać kobiet, oglądać się za nimi, pragnąć ich, zaliczać je, aby udowodnić swoją męskość. Jeżeli natomiast tego nie czynisz to „coś jest nie tak”.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że niektóre z kobiet, których wypowiedzi
zamieszczono w artykule nadal uczestniczą w mechanizmach przemocy: „co powiem
dzieciom – że ich ojciec jest homoseksualistą?” Tu wyraźnie widzimy asumpcję,
że bycie „homoseksualistą” to jest coś okropnego, przerażającego, wstydliwego. Następnie
te same kobiety dziwią się, że ich mężowie chcieli od tej kategorii „homoseksualisty”
uciec, broniąc się przed nią rękami i nogami. Jak mówi jeden z nich: „Zawsze
czułem, że coś jest nie tak. Myślałem, że uda mi się to stłumić, przepraszam”. Kulturowe
mechanizmy przemocy są wszechobecne i działają na każdą partycypującą w tej
kulturze jednostkę, także na jednostki wykluczone. To zjawisko nazywamy opresją
zinternalizowaną. Niektórzy mężczyźni, gdy czują, że pociągają ich inni
mężczyźni „zamiast” kobiety są przerażeni, uważają, że „coś jest nie tak”. Ale –
co? Z ich seksualnością jest wszystko w porządku, wszak – jak głosi nauka –
homoseksualizm jest jednym z wariantów pożądania seksualnego równorzędnym
względem heteroseksualizmu. „Coś nie tak” jest jednak z postrzeganiem
homoseksualizmu przez społeczeństwo, które depreconuje, wyklucza, niszczy,
nienawidzi, gardzi i poniża tych, którym podobają się osoby tej samej płci.
Pomimo faktu, iż o tym rodzaju pożądania sami zainteresowani nie zadecydowali
ani na niego nie mają żadnego wpływu. To „coś nie tak” wyraża właśnie lęk przed
reakcją społeczeństwa, lęk przed byciem ofiarą opresji i przemocy najgorszego
autoramentu. Tagi: dekonstrukcja kultury, opresja, mechanizmy przemocy skomentuj (17)
2009-10-22, 22:26:19 >> Reklama opresji
Kolejny raz doznalem intensywnego rozbawienia, tym razem oglądając reklamę pewnego serwisu internetowego na portalu gazeta.pl. Reklama ta wygladała mniej wiecej w ten sposób: w centrum był ekran wyświetlający po lewej stronie zajawki artykułów czy filmów "Dla Niego", a po prawej "Dla Niej". Zza ekranu wystawał z jednej strony chłopak, który mówil "bądź bardziej męski - kliknij", po drugiej stronie, analogicznie: "bądź bardziej kobieca - kliknij". Przypatrzmy się zatem zajawkom, które mają uczynić mnie bardziej męskim. Co tu mamy? "Jak obronić się przed kopnieciem w krocze", (prawie spadłem z krzesła ze śmiechu), "Jak zawiązać krawat", "Jak łatwo wyćwiczyć mięśnie". Po drugiej stronie "Jak wzmacniać mięśnie brzucha - fitness", "Jak przyrządzić łatwe danie greckie", "jak pielęgnować dłonie domowymi sposobami". Widzimy tutaj bardzo interesujacy mechanizm: media za pomoca takich przekazów same produkują i podtrzymują definicje męskości i kobiecości. Jest to także przykład wykorzystania płciowej normatywności do zarabiania pieniędzy. Społeczeństwo konstruuje nieosiągalny wzorzec "prawdziwego mężczyzny" i - w mniejszym stopniu - "prawdziwej kobiety", a następnie wprowadza do każdego z nas deficyt "kobiecości" lub "męskości". Oczywiście nie ma tutaj mowy o żadnych deregulacjach: nie mówi się w pozytywnym kontekście o męskich kobietach i kobiecych mężczyznach. Tacy są źli, dlatego reklama woła "bądź bardziej męski - kliknij". Od kliknięcia i nabicia komuś portfela stanę się bardziej męski. Innymi słowy społeczeństwo wytwarza poczucie, że czegoś nam brakuje (męskości/kobiecości), a następnie zmusza nas do uzupełniania tego braku. Teraz wystarczy diabelski umysł kapitalisty i tę brakującą rzecz możemy sobie "kupić"; ja to nazywam produkcją popytu. Jest to mechanizm analogiczny do batonika "nie dla kobiet", który opisałem w jednym z poprzednich postów. Druga kwestia to treść tego, co w takich "reklamach społecznych" się znajduje. Społeczeństwo wprowadza do naszej psychiki nerwicę deficytu płci. Ciągle jesteśmy za mało męscy, za mało kobiecy, ciągle musimy coś robić, żeby poczucie płciowości utrzymać, uzupełnić. Ciągle musimy wykonywać jakieś idiotyczne rytuały, uważać na to, co mówimy, co robimy itd. Jednak treść tych rytuałów, założeń, nie wynika z żadnej racjonalnej przesłanki, jest po prostu dowolnie regulowana przez społeczeństwo. Jeżeli tego typu "reklamy", "komunikaty społeczne" będą przekazywać, że kobieta to jest kuchnia i kołyska, a w sobotę dla odmiany salon piękności, to rzeczywiście kobiety ograniczą swój horyzont i pole manewru jedynie do tych kwestii. Będą uważać, świadomie czy nie: jestem kobietą, muszę być kobieca, a więc muszę myśleć jedynie o tym, o tym i o tym, bo na tym polega kobiecość. Mogę zajmować się tym i tym, nie mogę zajmować się tym i tym, bo nie będę kobieca. Mało tego, po jakimś czasie zaczną uważać, że te wartości, przekonania, preferencje itd. nie wynikają z nieustannych komunikatów społecznych, ale zostały wprowadzone przez matkę naturę razem z neuronami w mózgu, są naturalne. Trudno o bardziej idiotyczne mniemanie. Tagi: dekonstrukcja kultury, queerowanie feminizmu, queerowa psychoanaliza, krytyka kapitalizmu skomentuj (1)
2009-10-21, 21:27:05 >> Podmioty płci/rodzaju - c.d.
Jeszcze małe dopowiedzenie do wcześniejszej notatki o podmiotach płci/rodzaju. Założenie, że tylko kobiety mogą się seksownie ubierać, nosić makijaż itd. pochodzi oczywiście od systemu patriarchalnego. Kultura jest ustawiona w ten sposób: kobieta, przedmiot seksualności, ma się stroić, aby podobać się mężczyznom; mężczyzna nie może się stroić, bo degradowałby się do roli przedmiotu seksualnego. To właśnie "pedał" jest tym zdegradowanym do kobiecej roli mężczyzną. I dlatego "pedałem" nazywany jest mężczyzna w seksownych, wyzywających ubraniach, makijażu itd., nawet jeżeli o jego orientacji seksualnej nic nie wiadomo. Degradacja "pedała" polega właśnie na nadaniu roli seksualnego przedmiotu. Patriarchat nie zakłada, że obie strony seksualnego tandemu mogą być podmiotami. Oznacza to, że w tym systemie mężczyzna zawsze będzie podmiotem, kobieta zawsze przedmiotem, a homoseksualista zdegradowanym "pedałem", czyli biologicznym mężczyzną, lecz kulturową kobietą. Zwróćmy uwagę także na fakt, że pogarda względem gejów jest lustrzanym odbiciem pogardy dla kobiet - jest to bowiem dokładnie deprecjacja, reifikacja tego przedmiotu seksualności (kulturowej kobiety bez względu na to czy łączy się z męskim, czy kobiecym ciałem). Pamiętajmy, że seksizm i homofobia to dwie strony tego samego medalu. Tagi: dekonstrukcja kultury, opresja skomentuj (1)
2009-10-12, 22:41:40 >> Dekonstrukcja patriarchatu frondziaków
Znajomy podał mi adres internetowy intelektualnego szamba, pardonnez le mot. Mówię intelektualnego szamba, bo stwierdzenie „zaburzenia prawicowe” byłoby eufemizmem. Chodzi mi o serwis internetowy Frondy – czasopisma zrzeszającego ludzi o największym skrzywieniu myślenia, jakie tylko można sobie wyobrazić. Oczywiście jest to opresywny dyskurs prawicowy, więc nie należy się dziwić, że nienawiść i wykluczenie są tam elementami standardowymi. Zainteresowały mnie komentarze tych ludzi do stwierdzenia pewnego księdza, że należy szanować prawo człowieka do kapłaństwa zarówno w przypadku mężczyzn, jak i kobiet. Równość i wolność to pojęcia od których prawicowcy dostają wymiotów, dlatego oczywistym jest, że takie stwierdzenie nie przypadło do gustu czytelnikom portalu. Bardzo ciekawa w kontekście studiów genderowo-queerowych jest wypowiedź niejakiego Roberta: Podam jeden argument dla którego kobieta nigdy nie powinna być Kapłanem.Z ludzkiego i duchowego punktu widzenia.Jako człowiek grzeszny i ułomny widząc uroczą Kapłankę prowadzącą Mszę Świętą mógłbym ulegać jej urokowi osobistemu,jak uległ i Adam.Resztę powinien zrozumieć każdy... Obserwując rozłożenie podmiotu i przedmiotu seksualności, zwróćmy uwagę na to, jak ta wypowiedź jest ukontekstualizowana w patriarchalną pogardę względem kobiet. Kobieta nie może być kapłanem, bo wzbudzałaby pożądanie seksualne heteroseksualnych mężczyzn na mszy. Natychmiast do głowy inteligentnego człowieka przychodzi wnioskowanie per analogiam: mężczyzna nie może być kapłanem, bo wzbudzałby pożądanie seksualne heteroseksualnych kobiet. Pytanie brzmi, dlaczego brana jest pod uwagę tylko jedna z wersji tego argumentu, natomiast analogia, choć posiada taki sam status epistemologiczny, jest pomijana? Oczywiście – chodzi tu o fakt, że w patriarchacie to mężczyzna jest podmiotem dyskursu społecznego, kobieta natomiast nie ma znaczenia: nie mają znaczenia uczucia kobiet, nie ma znaczenia pożądanie seksualne kobiet, nie ma także znaczenia uczucie powołania kapłańskiego, jeżeli dotyczy ono kobiet. Tę narrację widzimy tu na poziomie głębokim, ukrytym (asumpcjonalnym). To, co jest kobiece, jest w patriarchacie nieważne. Kobiety oczywiście mogą „ulegać urokowi osobistemu” kapłanów-mężczyzn, ale jakie ma znaczenie to, że kobieta komuś ulega lub nie? Czym innym jest natomiast to samo „uleganie”, jeżeli dotyczy mężczyzn: takie „uleganie” się liczy, jest ważne i na jego podstawie można skonstruować argument przeciw kapłaństwu kobiet. Tagi: dekonstrukcja kultury, opresja, zaburzenia prawicowe, socjologia wykluczenia, mechanizmy przemocy skomentuj (1)
2009-10-11, 20:27:33 >> Podmioty płci/rodzaju
Często spotykam się z sytuacją, kiedy jakiś seksownie ubrany mężczyzna nazywany jest "gejem". Skąd to się bierze, że tępy lud stawia znak równości między gejami a seksownymi mężczyznami? :) Oczywiście jest to jednen z mechanizmów heteronormatywnego patriarchatu. W patriarchacie to mężczyzna jest podmiotem seksualności, kobieta zaś przemiotem. To kobieta ma się stroić, kobieta ma być piękna, kobieta ma nosić seksowne ubrania. Wszystko dla przyjemności mężczyzn, bo to oni stanowią podmiot: to im należy się podobać, to oni mają decydować, która kobieta jest piękniejsza a która brzydsza na konkursach Miss. To kobiety mają się stroić dla mężczyzn, a nie odwrotnie. Kim jest zatem mężczyzna, który dba o swoją urodę, wygląd, ubrania itp.? Tak, jest „gejem”, z powodu tego heteronormatywno-patriarchalnego uwikłania myślenia. Właśnie przez to uwikłanie lud nie jest w stanie pojąć, że ten seksowanie ubrany i wypielęgnowany mężczyzna może chcieć podobać się kobietom. Na poziomie głębokim bowiem cały czas nadaje się status podmiotu jedynie mężczyznom. Jeżeli zatem mężczyzna się stroi, to musi stroić się dla innych mężczyzn, bo to oni są podmiotem, a nie kobiety. Stąd tylko jeden krok do stwierdzenia, że jest on „gejem”. Tagi: dekonstrukcja kultury skomentuj (9)
2009-09-29, 22:01:20 >> Mechanizm przemocy: nadawanie nieadekwatnych znaczeń
Zaczęło się trąbienie w telewizji o przyszłorocznej europaradzie, która ma się odbyć w Warszawie. Wkurzające jest, że gdy mowa o gejach (o lesbijkach w ogóle się nie mówi), to pokazuje się same gołe tyłki. Gej to goły tyłek. Wkurzające jest takie napełnianie domkniętą, jednoznaczną treścią worka z napisem "homoseksualista" ipomijanie ogromnej różnorodności tożsamości homoseksualnych. To mniej więcej tak, jakby o heteroseksualizmie mówić tylko w kontekście burdeli i tirówek, całkowicie ignorując inne rodzaje relacji. Tagi: dekonstrukcja kultury, socjologia wykluczenia, mechanizmy przemocy skomentuj (3) |
Teoria queer Teoria queer: świat jest kolorowy a wszystkie
jego kolory są równie ważne.Queer theory (teoria odmienności, społeczna teoria różnicy) - jest ostatnią opowieścią, teorią o ludzkiej seksualności, płciowości. Do niej zmierzają wszystkie teorie - w związku z tym mówi się, że jest ona post-teorią. Teoria ta mówi, że seksualność nie ma żadnego stabilnego, ustalonego raz na zawsze znaczenia, mówi, że to nie społeczeństwo powinno decydować o tym, jak wygląda nasza seksualność czy płciowość, ale że to my sami powinniśmy ją definiować, nadawać jej znaczenie. Księga gości 2009 listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec Tagi dekonstrukcja kultury homofobia homofobia zinstytucjonalizowana krytyka kapitalizmu krytyka katolicyzmu mechanizmy przemocy mechanizmy wykluczenia nauka uwikłana w normatywność opresja psychologia dewiacji psychologia wykluczenia queerowanie feminizmu queerowa metodologia queerowa psychoanaliza socjologia wykluczenia wikipedia zaburzenia prawicowe Trzyczęściowy garnitur Abiekt Tenszowy Zapiski z oblężonego miasta Blog (wielo)branżowy Hyacinthus Fiskot Hodowla idei Kallipygos |